za moim oknem
LISTY/BLOG

Za moim oknem…

“Za moim oknem czai się wstyd,
Za moim oknem czai się ocena i krytyka,
są tam potwory nienawiści, strachy,
paskudy przeróżne zawiści i zazdrości.
Lęki…
Porównania…

Za moim oknem jest też miłość i radość.
Wiara w to, że warto pokonywać strachy,
ryzykować, dążyć do celu pomimo lęków.
Za tym oknem jest pięknie, słonecznie i zielono.
Horyzont zaprasza ciepłym blaskiem,
i puszcza przyjaźnie oko,
zaraża optymizmem i nadzieją.

Tylko ode mnie zależy co zobaczę przez moje okno
każdego dnia…”

Dublin, Ambasada Comunicullum, Czerwiec 2020…

Kochana K...

Już czerwiec…
Jeden z najpiękniejszych miesięcy w roku. Radość wakacji, słońca i ciepłych nocy.
Siedzę przy moim oknie i zastanawiam się, jak wygląda dziś świat przez twoje okno?

Tak dobrze się już znamy. Wiem, że targają tobą lęki przed nieznanym. Strachy, które blokują Cię przed zmianą i podjęciem decyzji.
Ale jest jeszcze coś. Coś o wiele ważniejszego. A mianowicie WSTYD, który towarzyszy Ci od zawsze. Niewątpliwie najgorsza potwora ze wszystkich. Kiedy już postanowisz, że zaryzykujesz, ruszasz do boju i walczysz, dbasz o siebie, masz jeszcze jeden tunel do pokonania. Ten właśnie, pełen wstydu.
Co ludzie powiedzą?
A co jak wyśmieją?
Co się stanie jak wyszydzą, znienawidzą, oplują? Znowu mi pokażą, gdzie moje miejsce?

No co się stanie kochana? Co najgorszego może się stać? Wymyśl najgorszy scenariusz, przemyśl go, a potem otrzep kolanka i ruszaj po swoje.

Lęk i strach zostanie z tobą na zawsze. Może Cię blokować, a może Cię też pchać do przodu dmuchając w skrzydła. Mnie wstyd motywuje, choć nie opuszcza. Jestem przekora i uwielbiam sobie i innym udowadniać.
Jak to, ja nie dam rady? Jak to ja nic nie potrafię? Nie zrobię, nie umiem?
No to patrz!

“Wyzywam Cię wstydzie, na pojedynek!
Na gołe klaty!”

Przez to samo okno można patrzeć na świat w zupełnie różny sposób. Istotnie bywają dni, podczas których wolałabym w ogóle nie patrzeć. Wtedy przykrywam się kocem, chcę zaszyć w jakiejś jaskini i zniknąć. W związku z tym, tak jak i ty potrzebuję wtedy chwili dla siebie. Tylko dla siebie. Aby oczyścić myśli z natłoku zdarzeń, poukładać wszystko to co się zdarzyło, zaplanować kolejne kroki.

Pytasz mnie w swoim liście, czy ja się czegoś wstydzę...

Teraz już nie, ponieważ wstydziłam się całe życie, akceptując siebie tylko wśród najbliższych. Bez wątpienia krzywdząc tym najbardziej siebie. Przyjmowałam i rozpamiętywałam wszystkie wątpliwe komplementy, obelgi i wyzwiska. Usłyszane na swój temat plotki zapisywałam w pamiętniku. Powtarzałam zaufanym osobom wszystkie krzywdy i w swojej głowie mnóstwo razy też, w rezultacie utrwaliłam te wspomnienia na zawsze w pamięci. Dzięki temu towarzyszą mi, niepotrzebnie, aż do teraz. Doskonale pamiętam, jakby to było w niedalekiej przeszłości, kiedy kolega powiedział w 1996 roku “Aaa! Ta gruba Marta! Co ma brzuch jak dzwon!”
A “Ta Marta” się w nim podkochiwała i ukryta za ławką pod blokiem wszystko słyszała.
Koleżanki brały mnie ze sobą na podryw, aby wybielić się na tle.
To był ogromny cios, ale moja radość życia okazała się silniejsza.

Odrzucano mnie zawsze za to samo. Chociażby za to, że byłam gruba, krzywe zęby, niesforny włos upięty w dobierany warkocz. Za to, że byłam dziecinna i miałam spazmatyczny śmiech, dresy ze ściągaczami i żadnych oryginalnych, jakże niezbędnych ciuchów. Chciałam być lubiana kończąc wśród niewłaściwych osób, którzy kierowali się znajomością zadaniową. A gdy odrobiłam zadanie, jako znajoma, mogłam znikać, dlatego, że nic oprócz jego wykonania nas nie łączyło.

W liceum uwielbiałam się uczyć i być w szkole, a idąc tam nigdy się nie malowałam i wzdychałam do wielu kolegów chodząc korytarzami z przyjaciółką pod pachą. Taka pulchna, zgarbiona najlepiej w golfie. Dlatego tak bardzo kocham jesień. Mogłam się ukryć w luźnych ciuchach, nic się nie podwijało i nie przecierało, nie pociło.
Dlaczego nie lato? Bo żyłam w kulturze płaskiego brzucha i kolczyka w pępku. Podwójnie wręcz przechlapane.
Dla większości koleżanek z liceum byłam mdła, nudna, szara, “zbyt grzeczna”. Taki muł, a przez wieczny uśmiech i radość dziecka, wręcz pozbawiana intelektu. W rezultacie miałam wianuszek najlepszych przyjaciółek, a resztę obserwowałam z daleka.

Kolejną paskudną zmorą było porównywanie…

A najgorszą ze wszystkich niewątpliwie jest porównywanie nas do najbliższych osób. Kiedy ze świadomością, że się kogoś kocha i szanuje słyszy się, że twój Uniwersytet jest do dupy, ponieważ nie jest w żadnym z dużych polskich miast, a Zielona Góra nie jest nawet na mapie. Kierunek który wybrałaś to ‘drylowanie czereśni’ bez przyszłości. Nie masz prawa jazdy, nie przemierzasz całej Polski, nie przywozisz zajebistych prezentów, nie masz wyczesanych ciuchów. Wszyscy dookoła są świetni, a ty lepiej pisz te pamiętniki w bluzce z second handu i się nie wychylaj. Myj podłogi i schody u babci bo może przyjedzie ważna rodzina i żeby wstydu nie było.

Możesz zapytać, w jakim celu ja to wszystko wygarniam? Wydaje się, że skoro mam 38 lat to te wspomnienia sprzed 20-25 lat zupełnie nie mają znaczenia.
A jednak mają, w dzisiejszych czasach jeszcze bardziej niż zwykle, ponieważ podli ludzie mogą się rewelacyjnie ukryć po drugiej stronie ekranu monitora, który dla wielu niewątpliwie stał się oknem na świat. Dlatego idąc tym tropem, wiem jak potrzebna jest siła i wiara w siebie a zwłaszcza samoakceptacja.

“Krytyka, ocena i plotkowanie
to najpodlejsza z broni…”

Bez wątpienia dzisiejszy świat jest podwójcie ciężki poprzez kontakt jaki mamy przez internet. Zauważ ogrom niebezpieczeństw i wpływ jaki ma ocena choćby zdjęcia na instagramie. Niegdyś można było schować się w domu, a teraz jesteśmy nieustannie narażeni na ocenę i krytykę, a mimo to ochoczo korzystamy z tych mediów. Dlatego trzeba uzbroić się w swoje największe moce i oczywiście nauczyć adaptować do wciąż zmieniającej się, aczkolwiek nadal pięknej rzeczywistości.

Rozpadał się deszcz…

Za moim oknem zrobiło się jesiennie i melancholijnie podczas gdy mamy przecież czerwiec.
Kocham deszcz, dlatego pewnie w pamiętniku z dawnych lat mam napisane: ‘kocham deszcz, tylko on na mnie leci’.

Każda z nas moja kochana przechodzi w życiu przez okres okropnego wstydu i lęku przed tym ‘co ludzie powiedzą’ i ‘jak mnie ocenią’. Jeszcze bardziej potrzebujemy pocieszenia i zapewnienia, że wszystko z nami w porządku. Akceptacji ludzi i akceptacji siebie samej.
W rezultacie w listach do mnie powtarza się w kółko pytanie ‘skąd w tobie ten optymizm, jak to robisz, że jesteś wciąż taka radosna’. Ponieważ wszyscy, którzy o to pytają, mają wrażenie, że jakimś cudem, przez prawie 40 lat nic złego mnie nie spotkało i pewnie dlatego taka jestem.
Dlatego taka niespodzianka! Przeżywałam podobne odrzucenie i rozterki jak miliony z nas.

Z jedną różnicą…

I o tym teraz. Zaparz sobie kawki albo herbatki…
Puść ulubioną muzykę…
Opowiem Ci, moja droga jedną z moich ulubionych bajek o miłości…

Istotnie, wszystko co powyżej opisałam, przeżyłam. I jeszcze więcej, chociaż nie widać tego w moim zachowaniu. Jest to szalenie istotny fragment mojego życia, ale prawie nie musiałam się wysilać, żeby go wyprzeć z pamięci.

Już Ci o tym opowiadam.
Chcesz choć trochę? Pewnie, że chcesz

Cokolwiek by się nie stało, jaka krzywda wielka, wydaje się ona nie mieć mocy w moim sercu i bez wątpienia nie zostaje ze mną na długo. Z pewnością ktoś by się pokusił powiedzieć, że nie przeżyłam widocznie nic strasznego. Ale ocenę tego pozostawię jak zwykle sobie i swojemu sercu, bo tylko ono zna prawdę. Godnym uwagi jest fakt, że dla każdego z nas jego ból jest prawdziwy i nikt nie ma prawa go umniejszać. W związku z tym akceptuję zawsze to czym się chcesz ze mną w listach podzielić i wierzę w to, że coś, co dla mnie jest ‘normalką’ dla kogoś może być ogromnym wyzwaniem. Dlatego, kiedy prosisz o radę i pomoc – pomagam.

Po wszystkich tych przykrych sytuacjach które zdarzały mi się w życiu wracałam do domu. A w domu moim rodzinnym działa się nie wątpliwie magia.
Tam byłam zawsze wystarczająco mądra, piękna, uśmiechnięta i idealna w oczach swoich rodziców. I bezsprzecznie ich radość i duma, dlatego wiedziałam, że to co na zewnątrz – to nie prawda. A wszystko to co mam, jest owocem ogromnej miłości i szacunku i wyborów moich rodziców.

Coś kosztem czegoś...

Miałam mamę w domu, spokojną i uśmiechniętą czekającą z obiadem każdego dnia. Odrabiającą ze mną lekcje, czułą i wspierającą.
Oryginalne ciuchy i buty, pieniądze na hamburgera i szpan przed koleżankami tracił momentalnie na wartości, kiedy miało się świadomość, że wraca się do domu, w którym jest się bezgranicznie kochanym i akceptowanym.
Tatuś pracował zawsze bardzo ciężko abyśmy mieli to co najważniejsze. Dla swoich dzieci skoczył by w ogień. Nie bał się ryzykować i walczyć abyśmy mogli żyć jak najpiękniej. Zawsze chciał dla nas to co najlepsze. Stara się do tej pory i zawsze znajdzie rozwiązanie. Wydaje się, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Wyrosłam w takim balansie, bańce zaufania i miłości.

W rezultacie, czerpiąc z tego całymi garściami i obserwując, tworzę dzisiaj świat taki o jakim marzyłam.

Za moim oknem było zawsze to, co chciałam przez nie zobaczyć…

Dlatego kiedy wychodziłam do szkoły i do ludzi byłam otoczona taką właśnie bańką. Naturalnie dobierałam sobie przyjaciół, którzy widzą sercem, którzy tak samo jak ja ich, kochali mnie za to kim jestem, a nie za to co dla nich robię. Dzięki temu mam takich cudownych przyjaciół jak Ty. A że otaczałam się w większości pięknymi, spokojnymi ludźmi o czystym sercu, wszystko to co podłe mogę wyprzeć z pamięci bez wysiłku. Jest gdzieś tam głęboko w pamięci schowane, podobnie jak wszystkie doznane krzywdy, aby w razie czego alarmować mnie, że jesteśmy różni i nie wszyscy są życzliwi.
Czasami nie warto się nawet zatrzymywać. Ignorować wzrok i zaczepki, kochać siebie CAŁĄ taką ‘zwadziałą’. Taką najpiękniejszą, inną i wyjątkową. Infantylną i odważnie piszącą listy które nie są zawsze tylko różowe, ale zawsze kończą się szczęśliwie i są pełne refleksji i metafor.

Dzięki temu, że w domu rodzinnym byłam zawsze akceptowana, otoczona szacunkiem i bezgraniczną miłością, wychodziłam do ludzi uśmiechnięta i szczęśliwa. I przyciągałam piękne, szlachetne dusze. Wolałam siedzieć z koleżanką, która miała kanapkę z dżemem agrestowym z działki i marzyć o księciu z bajki.
Od zawsze takim samym. O ciemnych włosach i niebieskich oczach, i najlepiej, żeby pokochał mnie taką jaką jestem. Takie brzydkie kaczątko, a ja przy nim wypięknieję.

Resztę historii już znasz...

Za moim oknem jest bezpiecznie. Widzę w ludziach dobro, przyciągam tych ciepłych z którymi ‘konie kraść’, a w nagrodę dostałam księcia z bajki. Pierwszego i ostatniego, który pokochał mnie właśnie taką jaką byłam. Pokochał te 80 kg, krzywe zęby, krótkie włosy, nastroszoną grzywkę…

WRÓĆ!
Nieprawda kochanie moje.

Pokochał przecież Martę! Uśmiechniętą duszę towarzystwa, entuzjastycznego przyjaciela, który zawsze pomoże, przytuli, podmucha w skrzydła. Ukoi, znajdzie błyskawicznie rozwiązanie, doradzi jeżeli potrzebujesz, wesprze słowem, a z oczu bije jej blask miłości.
Pokochał osobę, z którą całe noce można rozmawiać i nigdy nie jest nudno. Która czasami o innych dba bardziej niż o siebie.
Dzięki jego miłości rozkwitłam. I zupełnie zasypałam w popiele wszystkie kompleksy niegdyś tak bardzo mnie ograniczające.

Nie przejmuję się co o mnie mówią, oczywiście jest mi czasami przykro, ale póki jestem sobą i siebie kocham i akceptuję, wszyscy mnie taką znają i kochają.

“Ludzie widzą Cię taką,
jaką im się pokażesz.”

Jestem owocem miłości moich rodziców, miłości mojego męża, akceptacji i sympatii moich przyjaciół.
Jestem też w pełni sobą i jestem spójna. Nie pokazuję już żadnych masek, dlatego, że nie muszę, choć to niełatwe zadanie.

Taka sama wśród ludzi, taka sama w domu, taka sama przy ognisku z przyjaciółmi.
Każdy z moich przyjaciół kocha inną cząstkę mnie i kiedyś od ciebie usłyszałam, że każdy z nas ma swoją Martę.
Dzięki temu widzę człowieka całego. Obserwuję i kocham niewidzialne. Doceniam za to kim jest a nie co dla mnie zrobił. Nie widzę niedoskonałości. Widzę pięknego człowieka, który może stać się cudownym przyjacielem na drodze życia. Który pójdzie ze mną na kawę i będzie lubił mnie.

Kończąc ten list, takich przyjaciół Ci życzę kochanie, dla których warto żyć. Mam też nadzieję, że będziesz czuła się sobą i w pełni akceptowana, choć to niełatwe, aż pewnego dnia zakopiesz kompleksy i powiesz…

Za moim oknem jest miłość i radość...

…Wiara w to, że warto pokonywać strachy, ryzykować, dążyć do celu pomimo lęków przed krytyką. Akceptować siebie w pełni. Za tym oknem jest pięknie, słonecznie i zielono. Horyzont zaprasza ciepłym blaskiem, i puszcza przyjaźnie oko, zaraża optymizmem i nadzieją.

Tym sposobem dotarłaś znowu do końca listu moja kochana. Gratuluję więc, chociaż to nie łatwe i nie popularne czytać tak dużo na raz. Jednak wiara w to, że choć w ten sposób mogę Ci pomóc, motywuje mnie do dalszej pracy.

Podsumowując, mam nadzieję, że po dzisiejszym liście zupełnie inaczej spojrzysz przez swoje okno i w rezultacie nawet nie będzie trzeba go myć taki piękny horyzont możliwości będziesz przez nie widziała.

Twoja korespondencyjna przyjaciółka,
Marta

Ps. Jeżeli tylko masz ochotę podziel się tym listem. Daj przeczytać siostrze, mamie, przyjaciółce.
Niemalże codziennie o tobie myślę. Wracam wtedy do naszych listów, za moim oknem horyzont, i wydaje się, jakbyś wciąż była obok. Dlatego je czytam, aby uśmiechnąć się szeroko.
I ty wracaj do nich często, ponieważ dzięki temu nabierzesz mocy i pewności, że idziesz w dobrą stronę.
https://comunicullum.com/2020/05/lekcja-troski/
Dlatego chcę abyś ty troszczyła się o siebie i była po prostu szczęśliwa.

Blogerka, podcasterka, samozwańcza ambasadorka radości i optymizmu. Entuzjastycznie nastawiona do życia, z głową pełną marzeń i szaloną wyobraźnią. Piszę dla Was nostalgiczne, melancholijne listy mając nadzieję, że będą miały działanie terapeutyczne. Nagrywam pełne ciepłej energii podcasty, które zmiękczają rzeczywistość. Bardzo miło mi Cię gościć w Ambasadzie Comunicullum.

komentarze 3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *